Polaku, dlaczego przestałeś czytać?

Przed dwunastu tysiącami lat w jaskiniach Hiszpanii i Francji, nasi przodkowie należący do kultury magdaleńskiej - łowcy reniferów, zaczęli utrwalać ważne wydarzenia z życia plemienia malując na ścianach jaskiń obrazy. Nie umiejąc pisać, rzucili wyzwanie przyszłości - zanotowali to, co było dla nich ważne i uratowali od zapomnienia.

Pismo towarzyszy ludzkości od pięciu tysięcy lat. W tym czasie parokrotnie zdarzały się okresy, gdy praktycznie wszyscy umieli czytać i pisać, starożytna Grecja, Egipt w okresie ptolemejskim, Izrael... Od czasu, gdy zwyciężyła - wraz z rewolucją francuską - koncepcja powszechnego dostępu do oświaty, analfabetyzm znajdował się cały czas w odwrocie. O ile w Polsce międzywojennej odsetek ludzi niepiśmiennych na Polesiu sięgał kilkudziesięciu procent, o tyle po wojnie dzięki obowiązkowym kursom hydrę analfabetyzmu dobito - jak się wydawało, ostatecznie. Wszyscy Polacy umieli czytać i pisać. Wszyscy objęci byli też obowiązkiem szkolnym - przynajmniej w zakresie podstawówki.

Skąd wiec wzięły się budzące zgrozę wyniki najnowszych badań? Jak się okazuje 50% obywateli naszego kraju w ubiegłym roku nie przeczytało ani jednej książki. Tylko 7% czyta regularnie - kilka książek miesięcznie. Spadek czytelnictwa wywołał lawinowy wzrost analfabetyzmu wtórnego. Wśród piętnastolatków mało kto ma problemy z czytaniem, za to przeszło 30% nie potrafi zrozumieć poznawanego w ten sposób tekstu. Szczególnie ciężka sytuacja jest na terenach północno wschodnich - gdzie dominowały pegeery. Tam mówi się nieoficjalnie o milionie analfabetów wtórnych - ludzi, którzy zapomnieli nawet liter... Dość powiedzieć, że na kursy czytania i pisania zorganizowane przez urząd pracy w woj. Zachodniopomorskim zapisało się 15 tys. ludzi, a liczba chętnych przewyższyła liczbę miejsc...

Tymczasem, mamy przecież co czytać. W ubiegłym roku nasze wydawnictwa zarzuciły rynek książkami - ukazało się 160 tysięcy tytułów, ale łączny nakład sięgnął zaledwie 160 milionów egzemplarzy - Na statystycznego Polaka wypadają wiec 4 książki i ...9 litrów spirytusu.

Dlaczego Polacy nie czytają książek? Powodów jest kilka. Po pierwsze, czytanie męczy. Jeśli weźmiemy do ręki książkę, szybko przekonamy się, że nie jest to rozrywka łatwa, lekka i przyjemna. Wymaga posiadania choćby szczątkowej wyobraźni. Świat przestawiony w postaci czarno białych znaczków, musimy ożywić dopiero naszym umysłem. O ileż łatwiej włączyć telewizję, w której słowo zastąpione jest w znacznej mierze obrazem, a wyobraźnia może spać... Jednak czytanie książek meczące jest tylko początkowo. Potem wciąga. Po przeczytaniu kilkunastu tomów nie sprawia już najmniejszego problemu... Trzeba tylko zrobić pierwszy krok.

Tu na marginesie dygresja. W krajach skandynawskich telewizja emituje zagraniczne filmu bez dubbingu - a jedynie z napisami - jak u nas w kinach. W efekcie są to kraje przodujące w Europie jeśli chodzi o czytelnictwo, a jednocześnie bardzo znaczy odsetek ich mieszkańców dobrze zna języki obce...

Drugi powód wysuwany przez przeciwników czytania, to skomplikowany trudny język, którym pisane są dzieła literackie i popularno naukowe. Czy język literatury jest skomplikowany? Wręcz przeciwnie. Jest on bogaty, roi się od odcieni znaczeniowych. Za to język, który oferuje nam telewizja, i którym znaczny odsetek Polaków posługuje się na co dzień, jest żałośnie ograniczony - jakby dostosowany do niskiego poziomu intelektualnego odbiorcy. Aby rozwijać swój zasób słów, musimy czytać. Do codziennego porozumienia się od biedy wystarczy 800 słow. Absolwent uniwersytetu używa na co dzień ok. 12 tysięcy. To pokazuje przepaść, jaka dzieli człowieka spod przysłowiowej budki z piwem, od oczytanego intelektualisty...

Wreszcie, trzeci powód. Książki są ponoć skandalicznie drogie. Czy rzeczywiście? W czasach realnego socjalizmu faktycznie były mnie więcej dwukrotnie tańsze. Obecnie droższy papier, inna technika poligraficzna i jakość produktu wymusiły wzrost ceny. Z drugiej strony to właśnie w epoce "komuny" cena książki (podobnie jak cena np. pralki) zawierała ukryty podatek od luksusu! Obecnie aby kupić sobie w księgarni książkę prosto spod prasy drukarskiej wydać musimy minimum 15 złotych a nierzadko i 40... W warunkach postępującej pauperyzacji społeczeństwa, nie jest to mało. Jednak z drugiej strony, bez mrugnięcia okiem takie i znacznie wyższe sumy przepuszczane są na rozmaite głupoty. Wypożyczalnie kaset video jakoś nie świecą pustkami. Poza tym, kto każe nam kupować książki w księgarniach?

Prawdziwy miłośnik literatury poradzi sobie z tym problemem. Nieomal w każdym większym mieście znajdują się tzw. jatki, gdzie można nabyć tanią książkę. Są to przeważnie końcówki nakładów, zasoby przejęte przez syndyków w splajtowanych hurtowniach i wydawnictwach, książki wycofane z księgarni po roku zalegania na półkach. Ceny książek w jatkach są śmieszne - zaczynają się już od dwu złotych za sztukę. Wybór tematów i tytułów jest oszałamiający, a jeśli odwiedza się jatki regularnie, można trafić na naprawdę ciekawe pozycje.

Drugim ogromnym źródłem tanich książek, są antykwariaty. Tu ceny są odrobinę wyższe, ale za opasłe tomiszcza nie rzadko zapłacimy zaledwie 8-10 złotych. Często trafiają tam się rzeczy bardzo ciekawe, a przy tym prawie na każdą kieszeń. Pamiętam jak swojego czasu nabyłem w jednym z warszawskich antykwariatów wydanie "Marii" Malczewskiego z 1880 roku za jedyne 16 złotych. Jeszcze taniej kupimy używane książki w niedużych antykwariatach - budkach lokowanych na bazarach. Książki z serii Harlequina, fakt, że noszące ślady wielokrotnego czytania, można nabyć już po 1 zł za sztukę - a w ofercie nierzadko jest nawet 800 tytułów. W tej samej cenie nabyć można kieszonkowego formatu książki "serii z glizdą" - to fantastyka naukowa wydawana w latach 80-tych. Nie jest to może lektura najwyższych lotów, ale każda przeczytana książka coś nam jednak daje, podczas gdy bezmyślne oglądanie coraz głupszych programów w telewizji, może tylko zaszkodzić.

Wreszcie trzecim źródłem tanich książek, są wyprzedaże likwidowanych bibliotek (co smutne, w ciągu ostatnich 11 lat padło w naszym kraju 25 tysięcy punktów bibliotecznych). Tam po złotówce - dwie za sztukę, można nabywać rozmaite dzieła literackie. Niektóre biblioteki organizują wyprzedaże książek, które z różnych przyczyn są usuwane z księgozbioru. Przeważnie powodem jest nadmierne zużycie tych książek, ale przy odrobinie wysiłku i smykałce do introligatorstwa, możemy je ładnie doprowadzić do jako - takiego wyglądu... Ostatnio pojawiło się jeszcze jeno źródło - supermarkety. W wielu z nich książki, których nie udało się im sprzedać przez rok od wystawienia oferowane są na wagę - po 5 zł za kilogram. Trafiają tam pozycje nietrafione, nieciekawe, niesprzedawalne - ale pośród nich też można natrafić na coś ciekawego.

Wreszcie, ostatnim ważnym źródłem, są punkty skupu makulatury. Co można znaleźć w tych, wydawałoby się, śmieciach? Przez kilka lat, gdy regularnie odwiedzałem skup położony opodal mojego domu, nabyłem sporo książek. Wśród nich niejednokrotnie trafiły się pozycje, które wprawiły mnie w zdumienie. Przedwojenny album "Budujemy Polskę" wydany w 1928 roku na 10-lecie naszej niepodległości, Książka "Wszechświat i człowiek" - kompendium wiedzy biologicznej z 1890 roku, pochodzące z tego samego okresu dwa tomy ilustrowanych drzeworytami dzieł podróżnika i filozofa Józefa Kremara, przedwojenny dwutomowy słownik geograficzny i szereg innych ciekawych pozycji - które jakiś troglodyta wymienił na parę groszy potrzebnych na flaszkę...

Reasumując, mimo iż cena książek jest stosunkowo wysoka, ktoś kto chce posiadać to dobro, przy odrobinie wysiłku z pewnością sobie poradzi. I nie potrzeba do tego dużych pieniędzy.

Na zakończenie jeszcze jedna kwestia. Spadek czytelnictwa wśród dzieci. Już w czasach, gdy ja chodziłem do szkoły podstawowej, czytanie książek było dla dzieci zajęciem wyjątkowo nienawistnym. Szkoła pogłębiała tę niechęć, narzucając kanon lektur zupełnie niedostosowany do poziomu intelektualnego młodzieży. Niejednokrotnie podczas omawiania kolejnych pozycji stwierdzałem, że należałoby przeznaczy je dla dzieci o 4-5 lat młodszych... Ponieważ szkoła do czytania może tylko zniechęcić, tym większą rolę w rozbudzaniu pasji czytelniczych winien spełnić dom rodzinny.

Codzienne czytanie książek z młodszymi dziećmi, oraz dyskutowanie nad lekturami i postawami bohaterów z dziećmi starszymi, to w obecnych czasach obowiązek każdego świadomego rodzica. Telewizja czy komputer nie spełnią tej roli. Tzw. ramówka telewizyjna - dobór programów, nastawiony jest na serwowanie rozrywki całkowicie bezrefleksyjnej, nie wymagającej myślenia - w rezultacie ogłupiającej. Komputer, który może być wspaniałym narzędziem edukacyjnym, służy przeważnie do gier... W czasach, gdy rozmywa się odpowiedzialność, dzieci potrzebują wzorców, już nawet nie wzorców moralnych, ale wręcz wzorców zachowań. Szkoła nie pełni już dawnych funkcji wychowawczych, a dobrego nauczyciela ze świecą by szukać. Szkoła nasze dzieci może co najwyżej zdemoralizować i zniechęcić do rozwijania własnych zainteresowań. Na tym etapie regresu naszego społeczeństwa, należy tym bardziej zadbać o rozwój intelektualny i emocjonalny naszych dzieci. W tym zadaniu rola książki obojętnie czy przyniesionej z księgarni, czy wygrzebanej na śmietniku, jest nie do przecenienia.

Artykuł ukazał się na łamach miesięcznika "Inna Droga".

MENU

Artykuły

Aborcja –
wybór większego zła


Eutanazja –
list do początkujących socjalistów


Polaku, dlaczego przestałeś czytać?

Euronorma naszej działki

Teraz wiesz, ile zjesz!

Z książką w dłoni

Sam Ogon

Z maszynopisem w ręce

A imię jego czterdzieści i cztery...

Sherlock Holmes w Polsce

Warszawiak z wyboru

Zapomniany geniusz

Emigracja na Marsa?

 

Zajrzyj koniecznie:

www.upr.org.pl

Unia Polityki Realnej

www.pilipiuk.valkiria.net
Oficjalna strona A. Pilipiuka

© Copyright 2005 by Paweł Wiliński
Wszelkie kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Design by Paweł Wiliński